Od samego początku od kiedy powstał ten projekt najpiękniejszą jego częścią jest to, że zrzesza on zupełnie różne kobiety w triathlonie. ZŁOTA FALA to wyścig, na którego starcie stoją zmotywowane, pełne siebie i swoich marzeń kobiety. To start, gdzie każda kobieta niesie za sobą swoją historię. Są tam studentki, mamy, a nawet babcie, każda inna, na innym etapie życia. Jednak pomimo tych wszystko różnic i tego, że każda ma inny cel, inne demony z którymi walczy podczas startu to jest w nich jedna wspólna rzecz - PASJA DO ŻYCIA. Poznajcie naszą kolejną ambasadorkę tegorocznej ZŁOTEJ FALI - Olę Bańbor.

Zapraszamy Was do jednej z bardziej wzruszających sportowych historii, jakie nam dane było czytać. Pełna emocji i samozaparcia, sportowa historia Oli Bańbor. HIstoria która może zainspirować wielu, w szczególności w tym trudnym czasie pandemii, kiedy wydaje nam się że życie wywraca się do góry nogami i już nigdy nie będzie takie samo. Na podstawie tej pięknej historii, zobaczycie że powroty smakują bardziej. I na taki nasz powrót po pandemii koronawirusa liczymy.

Historia Oli Bańbor - Ambasadorki Złotej Fali 2020

Zaczęłam pływać w wieku 7 lat po części z powodu asymetrii łopatek, a po części w celu pozbycia się nadmiaru energii, z którą rodzice nie potrafili sobie poradzić. Nie trzeba było długo czekać, żeby zwykła zabawa przerodziła się w prawdziwą pasję. Wystarczyło parę lat i znalazłam się w kadrze śląska. Zaczęły się wyjazdy na pierwsze Mistrzostwa Polski, kariera się rozkręcała, medal za medalem, pudło na Mistrzostwach Polski, najlepsza zawodniczka Mistrzostw Śląska.

Kiedy wydawało się, że będzie tylko lepiej, coś zaczęło się psuć. Nie było już tej siły, nie było mocy, chudłam nawet 2kg z dnia na dzień. Z powodów zdrowotnych zrezygnowałam z porannych treningów. Potem już nawet nie starczało siły na żadne treningi. Wszystko to zbiegło się z maturami w liceum. Niesamowity stres plus jeżdżenie od lekarza do lekarza, pobyt w jednym, drugim, trzecim szpitalu. Gwoździem do trumny był brak rozpoznania. Oprócz wykrycia szeregu chorób pobocznych nie zdiagnozowano przyczyny. W najgorszym momencie ważyłam 38 kg i byłam na pograniczu życia i śmierci.  

Gdyby nie moje marzenie i niewyobrażalne pragnienie powrotu do tego co kocham - sportu, już dawno bym się poddała. Lekarze nie dawali mi dużo szans. Rodzina była załamana, nie wiedzieli co robić. Wszechobecny płacz i rozpacz. Pewnego dnia, mama na własną rękę zaproponowała wyeliminowanie glutenu, z podejrzeniem celiakii, choć robione wcześniej badania wyszły negatywne. Ordynator nie był zadowolony, kiedy usłyszał tą wiadomość bo “taka samowola tylko zaburzy obraz badań”. Ale cudem zaczęło mi się poprawiać, w międzyczasie przyszły wyniki badania histopatologicznego i o! jednak zaawansowana celiakia. 

Można się spytać a co ma gluten do takiej utraty wagi. Otóż celiakia (choroba trzewna) jest poważną chorobą immunologiczną o podłożu genetycznym.Powoduje ona reakcję układu odpornościowego, w wyniku której zniszczeniu ulegają kosmki jelita cienkiego odpowiedzialne za wchłanianie substancji odżywczych z pokarmu. 

Powoli wracałam do zdrowia, powracały ćwiczenia, ale do pływania już nie wróciłam. Dostałam się na studia, a dzięki siłowni waga wracała do normy. Wstąpiłam do Akademickiego Związku Sportowego, gdzie spełniłam swoje marzenie startując ponownie w zawodach pływackich. Z powodu braków studentów w sekcjach sportowych, a mojej wszechstronności, startuje łącznie w 7 dyscyplinach na zawodach zarówno na stopniu wojewódzkim jak i ogólnopolskim.

Wydawałoby się, że wszystko wracało do normy, pomijając problemy hormonalne i zdiagnozowanie wtórnego uszkodzenia przysadki mózgowej, które towarzyszy mi do dziś. Forma rosła, znowu pojawiały się medale na szyi. Podczas jednej z wizyt w szpitalu, czysto przypadkiem zrobiono mi USG tarczycy ponieważ niedoczynność towarzyszyła mi już 3 lata, a ani razu nie miałam wykonanego tego badania. Niby nic nie wyszło ale zrobili biopsje. 

Miesiąc później, urywając się na chwile z uczelni, odwiedziłam szpital po wyniki biopsji, gdzie dowiedziałam się, że za tydzień mam termin hospitalizacji. Na pytanie “Dlaczego?” dostałam odpowiedź “Ale jak to Pani nie wie, przecież tutaj nowotwór złośliwy jest”. Aha, dobrze wiedzieć. Pusta głowa, brak pomysłów ale nagły przebłysk, 
 “Przepraszam, powiedział Pan za tydzień? Ja wtedy nie mogę, mam yyyy studia (chyba by mnie wyśmiał gdyby znał prawdę)”
“Ostatecznie możemy przełożyć tydzień później”

Takim sposobem, kończąc Akademickie Mistrzostwa Polski w pływaniu w niedzielę, w poniedziałek pojawiłam się z walizką (i medalem) w szpitalu. (Nie będę opowiadać co tam się działo bo z całej tej historii książkę można by napisać) Były to naprawdę ciężkie chwile, pełne płaczu, bólu, samotności, okropnego jedzenia i pytań dlaczego ja? Co ja zrobiłam, żeby tyle cierpieć? Nie mi to oceniać, ale wszystko w życiu ma jakiś głębszy sens. Całe te złe i przykre rzeczy spowodowały rozbudzenie we mnie aż nadmiernego optymizmu przez który mam nieznikający uśmiech na twarzy. W najtrudniejszych momentach, kiedy przykuta do łóżka, z brakiem możliwości jakiegokolwiek ruchu, marząca, żeby przejść się chociaż do łazienki, pocieszałam się największą przyjemnością w moim życiu - sportem. Dobrze, że nie mogłam nawet wejść na Facebooka, bo od tych wszystkich zdjęć ćwiczących ludzi pękłoby mi serce.

Operacja usunięcia tarczycy przyniosła ze sobą pewne komplikacje. Wycięto mi przytarczyce, co objawia się nie metabolizowaniem wapnia i tężyczką. Czyli kolejne leki do kolekcji. Borykam się z tym problemem cały czas, drętwieją mi ręce, nogi, drgawki, to tylko jedne z objawów. Wszystko to jest efektem nieleczonej wcześniej celiakii i jej powikłań. 

Zaskakująco szybko stan zdrowia wracał do normy. Przy wypisie pytam się lekarza  
“Panie, mogę ja sporty uprawiać?” 
“No raczej nie, tak przez najbliższe 3 miesiące” 
“A rower?” 
“Hmmm, nie pracuje tu górna część ciała więc myśle, że tak”

Zielone światło, możemy jechać z tym koksem. Jak na Ole przystało, ja wiem lepiej co dla mnie najlepsze. Następny dzień skończył się wizytą na siłowni, oczywiście wedle zaleceń nogi, bez udziału górnej części ciała :D. A 2 tygodnie później pojawiłam się na Akademickich Mistrzostwach Polski w kolarstwie górskim, raczej nie taki rower miał na myśli lekarz. 

Może ktoś powie, że to nieodpowiedzialne, głupie ale sport to coś co nadaje mojemu życiu sens, to głębsze uczucie niż tylko potrzeba ruchu. Myślę, że stało się to wyznacznikiem mojego zdrowia i wolności.  

Wróciłam do dawnej formy ale nie cieszyłam się nią zbyt długo. Po wielu kłótniach z szpitalem, MUSIAŁAM iść na radioterapię. Przekładając termin jak tylko się da, pojawiłam się w październiku, na moje urodziny, ponownie w szpitalu. Pomijając codzienne ucieczki (np. żeby pobiegać czy iść na siłkę) po dostaniu jodu zostałam zamknięta w 4 betonowych ścianach, gdzie odizolowana od świata promieniowałam ale już nie szczęściem. 

Nie pamiętam ile tam przesiedziałam bo bardzo się dłużyło. Chciałam wziąć ze sobą akcesoria do ćwiczeń lecz nie mogłam ponieważ wszystkie rzeczy, które miało się z sobą trzeba było utylizować, a kontenery na rzeczy popromienne były już prawie pełne i dozwolone były tylko niezbędne przedmioty. Oczywiście nie stanowiło to dla mnie problemu. Pewnego razu ćwicząc sobie na końcu zjawił się obchód lekarzy. Ordynator patrzy, ja na ziemi, no nie ukrywajmy, mokra. Rzucił tylko „Niech mi Pani nie napromieniuje za bardzo tej podłogi bo jej się nie da tak łatwo wymienić”. Cudowne jest wyjście z szpitala, a zwłaszcza z izolatki, coś jak zakończenie kwarantanny z powodu koronawirusa.

Wizyty kontrolne jak na razie nie wykazują nic negatywnego. Dopóki trzymam ścisła dietę jest dobrze, każde odstępstwo, każdy chociażby okruszek chleba powoduje niechciane powikłania. Nigdy nie przerwałam studiów. Każdy semestr zakończyłam bez żadnego warunku czy poprawki. Nawet pomimo orzeczenia o niepełnosprawności, nigdy nie szukam taryfy ulgowej. Poprzez uprawianie sportu mój organizm potrafi bardzo szybko się regenerować i w dość szybkim czasie wracałam do normalności. Dość szybko znaczy 2 lata po całkowitym wyniszczeniu organizmu i rok po resekcji tarczycy. Oczywiście wszystko to kosztowało mnie i nadal kosztuje multum pracy.

Ruch nie tylko przynosi mi korzyści na zawodach ale dzięki niemu funkcjonuje prawidłowo. No ale jak to? Aktywność fizyczna reguluje u mnie pracę jelit i całego układu pokarmowego, dodatkowo nie drętwieją mi kończyny, a hormony lepiej się przyswajają. Także sport to przyjemne z pożytecznym bez którego jakość życia znacząco się obniża. (nawet na studiach mam “ugadane” że co godzinę wychodzę podreptać) 

Nie owijając w bawełnę, moim celem na złotą falę jest podium! Nie lubię się tak nastawiać ponieważ wiąże się to z ogromnym rozczarowaniem w przypadku niezrealizowania postanowień ale wierze, że dam radę i jestem w stanie osiągnąć cel choć nigdy z triathlonem nie miałam do czynienia. 

Koronawirus to dość ciężki temat. Sytuacja zmienia się z dnia na dzień, więc niczego nie można być pewnym, trzeba być elastycznym i wykazać się kreatywnością. Po tylu przejściach, obecna sytuacja nie powoduje u mnie lęku czy stresu, ale zdaje sobie sprawę, że u wielu ludzi już tak. Mam radę, najlepszym sposobem jest trening. Od zawsze trenuje również w domu. Polecam treningi interwałowe, tabate lub HIIT. Zakupiłam trenażer więc treningi rowerowe realizowane są również w domu. Przy pomocy gum, hantli i kettli, pływam na sucho oraz wykonuje obwodowy trening siłowy. Póki mogę biegam, spaceruję z psem, oddycham świeżym powietrzem. Staram się robić 3-4 treningi dziennie. Każda aktywność fizyczna pozwala mi choć trochę oderwać się od codzienności, odciągnąć myśli i zatracić się w tym co kocham. 

Dziewczyny, jeśli się wahacie, czy triathlon jest dla Was, zróbcie coś dla siebie i poznajcie nowe horyzonty. Sposobem na zaczęcie jest skończenie mówienia i zaczęcie działania. Kiedy się budzisz, masz dwie możliwości - spać dalej i znów marzyć albo wstać i te marzenia spełniać. Pamiętajcie, że nie ma rzeczy niemożliwych, wszystko siedzi w głowie i przy odpowiedniej pracy, zaangażowaniu i przede wszystkim chęci można osiągnąć wszystko! Również posiadam sporo obaw, najbardziej w stosunku do strefy zmian ponieważ nigdy nie startowałam w triathlonie ale kto nie próbuje to się nie przekona :)