Często zadajemy sobie pytanie - czy sport na pewno jest zdrowy? Jeśli regularnie trenujemy co rusz słyszymy przecież o urazach, kontuzjach czy innych powikłaniach wynikających z intensywnych przygotowań. Niekiedy sami się z nimi zmagamy. To wszystko prawda - im bardziej staramy się przekraczać swoje granice, tym bardziej narażamy nasz organizm. Nie oznacza to jednak, że nie należy uprawiać sportu! Jest wręcz przeciwnie, tym bardziej, że - jak pokazuje historia naszej Ambasadorki - sport często może być też prawdziwym lekarstwem.

Stwardnienie rozsiane, nie brzmi jak egzotyczna choroba. Raczej jej wydźwięk kojarzy się z czymś co nie bardzo jest do okrzesania, jest rozsiane i atakuje kiedy chce. Tak też niestety jest z ta chorobą. Demielinizacyjna choroba układu nerwowego, zwana potocznie SM, to choroba w której atakowana jest osłonka włókien nerwowych przez co nie są w stanie one prawidłowo przewodzić impulsów z ośrodkowego układu nerwowego. Co za tym idzie, wieloogniskowe uszkodzenia układu nerwowego i rdzenia, masa nieprzewidywalnych objawów. Choroba ta nadal jest uznawana za nieuleczalną,do dziś nie wynaleziono leku, który byłby w stanie ją w stu procentach zwalczyć, jednak możliwe jest zatrzymanie procesu chorobowego, lub jego regresja.

Kinga Mikołajczyk, nasza tegoroczna ambasadorka ZŁOTEJ FALI, to prawdziwa fighterka. To dziewczyna która swoim uparciem i zdeterminowaniem pokazuje, że może i ma SM, ale SM nie ma jej. Historia Kingi jest obszerna, sięga wielu lat kiedy ostateczne podejrzenia nie były jeszcze pewne. Przeszła, jak sama mówi, chyba wszystkie z możliwych objawów, ale najgorszy momentem dla niej był rok 2015, kiedy diagnoza o chorobie została postawiona i kiedy to choroba dała o sobie najbardziej znać. „Moja głowa nie mogła uwierzyć w to, że nie ma kontroli nad nogami - okropne uczucie... kiedy leżąc myślisz, że jest dobrze, bo nic Cię nie boli. Próbujesz stanąć na nogi a one się trzęsą i uginają. Załamywałam się tym, że nie mogę pracować, spotykać się ze znajomymi, bawić się! Nie miałam na to siły... jak wyjść jak ledwo możesz się ubrać... Tak bardzo pragnęłam normalnego życia” - wspomina w rozmowie o chorobie.

W 2015 roku Kinga nie była w stanie chodzić, nie miała siły związać włosów, anie podnieść kubka z herbatą. Choroba zawładnęła jej ciałem. W badaniu MRI pojawiły się nowe zmiany demielinizacyjne, po nakłuciu lędźwiowym w płynie mózgowo-rdzeniowym pojawiły się prążki oligoklonalne, kryteria diagnozy spełnione - SM w postaci rzutowo - remisyjnej potwierdzone. 

Na początku było wyparcie - leżąc w łóżku mówiła sobie, że przecież jest dobrze, że wstanie i zacznie na nowo biegać, bo przecież nic nie boli, bo przecież nic jej nie jest. Wielokrotnie wstawała i ruszała do przodu - dwa kroki i gleba. Nie ważne ile razy tak próbowała, jej głowa nie chciała tego zaakceptować. Normalką było też chodzenie po szpitalnym korytarzu przy poręczy wzdłuż ściany w tą i z powrotem - wieczorami jak już było pusto i nikt nie patrzył - „jakby takie krążenie miało mi przywrócić siłę” - mówiła. 

Później przyszedł czas na załamanie. W końcu głowa przyjęła, że ciało nie współpracuje, że jej próby są bezskuteczne, że nie ma nad sobą kontroli, że to na prawdę ją spotyka. Swiat gruchnął o ziemię, nie było kropli nadziei.  Jak sama mówi: „Nie wstydzę się tego - w końcu nie to jest ważne, że upadamy, tylko to, że po takim upadku się podnosimy!”

Kolejny etapem po diagnozie było leczenie. Kinga spędziła siedem miesięcy na wlewach dożylnych, gdzie cztery dni w tygodniu miała kroplówkę, a trzy dni przerwy. Następny rok był na tabletkach, mówi.  Milion skutków ubocznych, wstyd i wiele sytuacji o których woli nie wspominać. Było na prawdę ciężko. Nie tylko choroba była trudna do zaakceptowania, ale cały system leczenia nie pomagał. Dwa lata wyjęte z życia. 

Kinga swego czasu pracowała z psychologiem, który nie ukrywa pomógł jej znaleźć światełko w tunelu. Pomógł jej podnieść poczucie własnej wartości, kiedy była zależna od innych. Dzięki niemu zaczęła wierzyć w siebie, zaczęła cieszyć się codziennością i nauczyła się żyć z chorobą. Nie bała się jej, a z czasem przyszła siła i chęci na kolejne kroki.Dzisiaj z gorszymi chwilami radzi sobie sama z pomocą rodziny i przyjaciół. Ponadto kocha las i tam szuka spokoju, kiedy w głowie buzuje. Ponad półtora roku zajęło jej ponowne stanięcie na nogi. Po takich doświadczeniach człowiek się cholernie zmienia, mówi. Ktoś napisał, że mamy dwa życia, a to drugie zaczyna się wtedy kiedy zdamy sobie sprawę, że mamy tylko jedno. Dla Kingi to właśnie był ten moment.

W 2017 zaczęła całkiem normalnie funkcjonować, mimo utrzymującej się części objawów, wracała do życia, pracy i nadrabiania życiowych zaległości. Dzisiaj się śmieje: „To nie ja wybrałam sport, to on wybrał mnie”. W życiu Kingi sport jest z nią od młodzieńczych lat, kiedyś trenowała gimnastykę sportową, dzięki której teraz ma tyle samo zaparcia. „Mówią, że gimnastyka to sztuka upadania... trzeba setki razy zaliczyć glebę, żeby dopracować konkretny element” napisała mi gdy zapytałam o jej sportową przeszłość. Później była masa innych dyscyplin, każda z nich dawał tyle samo radości, w planach jest jeszcze kitesurfing. Sport jest sposobem na oderwania od dnia codziennego, od problemów, jest poprawą samopoczucia, formą relaksu i sposobem na spełnienie siebie.

Dlaczego padło na triathlon?

„Dostrzegam wiele podobieństw w triathlonie i gimnastyce sportowej - wtedy 4 przyrządy, teraz 3 dyscypliny. Taki sam upór, różnorodność, samodyscyplina, zabawa, poranne wstawanie, popołudnia wypełnione treningami, czasem poboli... ludzie wokół, którzy czują tak samo i tacy, którzy tego nie rozumieją”. Lubi wieloboje, lubi różnorodność. 

Na początku 2018 roku, Kinga zaczęła wracać powoli do aktywności. Po kilku latach usiadła z powrotem na rower, zaszywała się z nim w lesie i korzystała z chwili. W maju tego samego roku zdecydowała, że będzie biegać. Za czasów choroby wiele osób wątpiło, że w ogóle zacznie chodzić, chciała pokazać, że może znacznie więcej. Przygotowania i początki nie były łatwe, zaczęło się od 200 metrów ciągiem, potem dystans i czas się wydłużał, a ona zaczynała czerpać radość z samej drogi. Zaczęła startować w biegach ulicznych, przełamywała codziennie kolejną barierę, realizując powolutku kolejne cele.

Jeszcze gdy ledwo chodziła podziwiała triathlonistów, za tamtych czasów nie przeszło by jej przez myśl że kiedyś może stanąć razem z nimi na starcie. Skromnie wzięła udział w naszym konkursie na ambasadorkę i tym oto sposobem zaczęła się jej przygoda z  tą dyscypliną. Złota Fala i start podczas Super League Triathlon Poznań będzie Kingi triathlonowym debiutem. Zaczęła jeździć na szosie, pływać i kontynuować bieganie.

Tak jak każda z nas ma swoje słabości i obawy. Wie, że pływanie jest jej najsłabszą stroną, ale mimo wszystko idzie swoją drogą. Wierzy w regularność i wie, że systematyczne treningi przynoszą efekty. Z resztą choroba chyba najlepiej ją tego nauczyła. Nie zastanawia się zbyt dużo, dąży do celu małymi krokami i cieszy się każdym z nich. „Pewnie, że mam kryzysy i obrażamy się czasem z triathlonem na siebie”, mówi, ale te chwile nie trwają długo. Bycie aktywnym przynosi niesamowite efekty, nie tylko te widoczne gołym okiem. Nie tylko nasze ciało się zmienia i staje silniejsze, nasza głowa i nastawienie też na tym korzystają. Sport pomaga przesuwać nam granice, uczy się nie poddawać. Dzięki niemu nabieramy pokory, ale też pewności siebie. Jesteśmy silniejsi i pewniejsi siebie. Otrzymujemy w zamian to na co zdołamy się odważyć.

„Złota fala to start dla kobiet, takich jak ja i takich jak Ty i właśnie złota fala sprawia, że łatwiej jest mi się odważyć. Zachęcam wszystkich zdrowych i mniej zdrowych do tego, żeby spróbowali jak ja spełniać siebie. Uwierzyć, że niemożliwe jest możliwym i że największe ograniczenia siedzą w naszych głowach”. My tymczasem trzymamy mocne kciuki na Kingę i jej debiut, a Was zapraszamy żeby dołączyć do nas na starcie w Poznaniu!