Kłótnie o treningi, wyjazdy, opiekę nad dziećmi ale i wzajemna motywacja, zrozumienie i oparcie. Znacie to? Takie połączenie oznacza jedno - wspólną pasję, która pozwala nie tylko podwójnie zakochać się w sobie, ale i... w sporcie. O niełatwych początkach, pierwszych zawodach i recepcie na sportowy sukces przeczytacie w dzisiejszym artykule Ambasadorki i-Sport - Oli Korulczyk.

Wspólna pasja wcale nie musi być w wersji ona i on, tak jak to jest u mnie. Wspólna pasja może być pomiędzy koleżankami, przyjaciółkami, czy współlokatorkami. Wspólne treningi, zdrowa rywalizacja, a przede wszystkim niesamowita motywacja. Przy wspólnej pasji nie ma wymówek, szuka się za to powodów. Powodów, by spędzić razem czas, zrobić coś wspólnie i zasiać wspólne ziarenko, z którego kiedyś wyrośnie drzewo. Razem jest łatwiej, nie raz słyszałam to hasło i nie raz wydawało mi się mocno oklepane. A jednak, w sporcie, razem jest łatwiej na prawdę. Łatwiej jest wyjść na trening, łatwiej stawia się pierwsze kroki, za to ciężej się poddać. Wspólna pasja to wspólny język, to wspólne emocje, to zacieśnienie więzi, ale też ciężka praca i masa kompromisów.

Ja pasję dzielę z partnerem. U nas sport jest powodem do radości, spełnienia, spędzania wspólnego czasu, ale bywa też powodem do kłótni i złości. Nie jest łatwo kiedy w domu jest dwójka ambitnych sportowców, a dorzuci się do tego dwójkę dzieci i pracę. Teraz czasu jest mniej, ale na pewno nie pozwalamy mu uciekać przez palce. Jest intensywnie, trzeba być zorganizowanym, ale nagroda w postaci spełnienia i masy endorfin nie pozwala nam przestać.

Wspólna pasja buduje zrozumienie i uczy kompromisu. Jestem mamą dwójki dzieci, 3-letniej Zosi i półtorarocznego Stasia. Bycie rodzicem wystawiło na jakiś czas moją, naszą pasję na próbę. Musieliśmy zamienić wspólne treningi, na samotne godziny na rowerze czy na biegowych ścieżkach w lesie. Wspólne starty okazały się najcięższym tematem, w szczególności gdy na horyzoncie nie widać było żadnej opieki do dzieci i jedno musiało rezygnować ze swojego startu na rzecz drugiego. Wspólna pasja zamieniła się we wspólne poszukiwanie rozwiązań i... wspólne kombinowanie. Na szczęście umiemy być kreatywni, umiemy wplatać treningi w zwykły rodzinny dzień, wycieczki, czy wyjazdy. Do rodziny zawitał wózek biegowy, potem przyczepka, które uwolniły nas od sztywnych ram treningowych. Gadżety XXI wieku, pozwoliły na nowo cieszyć się wspólnymi chwilami, przeplatać życie z treningami. Życie z pasją rozwinęło naszą kreatywność i pozwoliło znaleźć kompromis. Nie tylko pomiędzy nami, ale też życiem rodzinnym i treningami.

Dzisiaj nasze maluchy są już... można powiedzieć, że duże, a nasza pasja jest jak stare dobre małżeństwo, po przejściach. Przeszliśmy przez fazę euforii, pierwszych startów, szaleńczego reżimu treningowego, łapania każdej chwili i zatracania się w startach, podróżach i treningach. Przetrwaliśmy fazę kryzysu, ze złością i kłótniami kto kiedy trenuje, które musi odpuścić, a które nie zamierza odpuścić. Bywały sytuacje kiedy robiliśmy sobie na złość, kiedy walczyliśmy i nie umieliśmy się zsynchronizować. Kiedy przez myśl przechodziło mi: „Na co mi to wszystko?” , kiedy chciałam rzucić ten triathlon.

Ale, jak to w każdym starym dobrym małżeństwie bywa, dotarliśmy do tej ostatniej fazy gdzie dwie strony znają swoje miejsce. Gdzie zamiast niesamowitej euforii i dzikiej pasji jest spokój i cierpliwość. Gdzie wiem, że pasję warto rozwijać powoli z wiadrem cierpliwości u boku. Gdzie pasja jest w harmonii i dwie strony pomimo ciągłej pracy, znajdują kompromis. Gdzie jest miejsce na pasję i rodzicielstwo. Gdzie jest miejsce na miłość i partnerstwo. Wspólna pasja, w każdym wypadku jest masą pozytywnych energii i emocji. Nie ma nic piękniejszego niż dzielenie się swoimi sukcesami z kimś bliskim. Moje wszystkie starty i wszystkie mety nie smakowałyby tak samo bez wsparcia i bez poczucia, że jest ktoś z kim mogę się tym dzielić. Moje wszystkie zwycięstwa nie byłyby na wagę złota, gdybym miała je przeżywać w samotności.

Fajnie jest mieć z kim dzielić chwile, czasami te radosne, czasami bolesne. Fajnie jest mieć kogoś kto powie Ci: „wiem że dasz radę!" gdy zaczynasz wątpić w swoje umiejętności i siłę. I wcale nie trzeba mieć u boku, swojego mężczyzny, partnera, czy męża, tak jak jest to u mnie. Tą osobą może być kumpela, przyjaciółka, czy współlokatorka. To z nią będziesz mogła uciec do parku pobiegać, kiedy wszyscy dookoła Cię frustrują, to ona kopnie w tyłek jak będzie tego potrzeba, to z nią spędzisz zimowe treningi na trenażerze, to z nią będziesz mogła zrobić open-water albo to z nią zapiszesz się do grupy treningowej na basen. To z nią będzie Ci łatwiej stawiać pierwsze kroki, to z nią będzie Ci łatwiej brnąć w głąb i w dal tego, co jeszcze nie znane. To z nią będziesz mogła przemierzyć całą Polskę czy świat szukając idealnego miejsca do trenowania, startowania i cieszenia się pasją, którą w sobie zaszczepiłyście. A co najpiękniejsze - im więcej Was będzie, tym jednocześnie raźniej.

Jeżeli nie masz nikogo koło siebie, kto nadawał by się do wciągnięcia w takie sportowe potyczki, to po pierwsze ponownie przemyśl sprawę i rozeznaj teren. Często Ci, których najmniej podejrzewamy o tego typu rzeczy, całkiem szybko zatracają się razem z nami w sportowym świecie. Jeśli nadal nie możesz znaleźć nikogo, zapisz się na wspólny trening w twoim mieście, znajdź grupy na facebooku, które Cię zainteresują, aż w końcu poczujesz się na tyle komfortowo żeby dołączyć. Nie ma nic piękniejszego niż babski trening, babskie pogaduchy podczas treningu i czas spędzony po babsku. Pewnie pomyślisz, że łatwo mi mówić kiedy mam wsparcie w domu i w triathlonie siedzę już od dawna. Pewnie, że teraz jest mi łatwiej, ale hej ja też kiedyś zaczynałam i zrobiłam to właśnie w towarzystwie bezdzietnego, jeszcze nie mojego męża towarzystwie.

Jakieś 5 lat temu, stanęłam na starcie swojego pierwszego triathlonu. Nieprzygotowana, tylko z zapleczem jako takim biegowym, i doświadczeniem pływackim wykształconym za dziecka. Stanęłam na stracie z nim przy boku. Chcieliśmy ten pierwszy raz zrobić wspólnie. Ja na pływaniu czekałam na niego, ba, nawet wracałam się po niego płynąc w przeciwnym kierunku szukając jego głowy. On na bieganiu miał zwolnić i dostosować się do mnie. Płynęliśmy w kostiumach kąpielowych, on żabką, ja kraulem. Umowne spojrzenia zza pływackich okularków mówiły że wszystko jest ok. Rower przejechaliśmy razem i to "w trupa". Po białych skałach cypryjskiego wybrzeża. Były podjazdy takie, na których większość zsiadała z roweru, bo koła buksowały w grząskim terenie. Tam pedałowałam tyle co sił w nogach, podjeżdżałam z dumą w sercu i pędziłam niczym struś pędziwiatr chcąc utrzymać jego tempo. Na bieganiu umierałam, krótki dystans a ja muszę siku, chce pić, ledwo co biegnę. Na mecie jednak to, co wydawało się niemożliwe stało się zupełnie realnym nowym celem.

Na metę wpadliśmy bardzo zadowoleni. Zdobyliśmy pierwsze triathlonowe pudło i zaszczepiliśmy ten sport w sobie już na zawsze. Dla mnie połączenie 3 dyscyplin, było idealne. Nigdy nie byłam mocną biegaczką, wiedziałam że mogę być mocną pływaczką, a rower można było wytrenować. Zakochaliśmy się nie tylko w sobie podwójnie, robiąc coś nowego wspólnie, ale i zakochaliśmy się w triathlonie który od 5 lat jest częścią naszego życia. Jest jedna najważniejsza rzecz jakiej nauczył mnie ten start, to współdzielenie swoich emocji, swojego stresu i swojej euforii. Jego pływackie emocje były stłumione moim pływackim doświadczeniem. A moje biegowe zmartwychwstanie możliwe było tylko i wyłącznie za jego wsparciem. Ten start będę zawsze dobrze wspominać.

„Dużo łatwiej jest być odważnym, kiedy dodaje się otuchy innym”.

My zaczęliśmy wspólnie, bo tak łatwiej. Teraz czas na Ciebie!

Wsparcie w treningach możesz znaleźć w i-Sport - rozpocznij treningi pod opieką trenera.